piątek, 29 września 2017

Pantokrator i ukulele

Było styczniowe, bure i zimne popołudnie w Nowym Sączu, smog zalewał miasto, brudny śnieg pokrywał ulice, gołębie kurczyły się na parapetach, a mnie burczało w brzuchu. Zjeść cokolwiek, cokolwiek byle ciepłego. Weszłam do pierwszego lepszego baru i tam spotkałam Jagnę, kolorową dziewczynę która odbywała staż w mojej pracy. Znałam ją tylko z mignięć na korytarzu, ale wtedy, gdzieś między drugim kęsem kotleta, a trzecim łykiem kompotu, narodziła się fantastyczna znajomość. Zrobiłyśmy wspólnie wystawę, przygotowywałyśmy kostiumy do przedstawienia i jeszcze kilka innych rzeczy. Świetnie się z Jagną pracuje, bo łapie wszystko w lot i chyba czyta w moich myślach, których ja sama nazwać nie potrafię, ma wspaniały zmysł artystyczny i wielki, ogromny talent. Jagna to najszerszy uśmiech świata, to przekleństwa rzucane z taką słodyczą że trudno odmówić im uroku, to cięta riposta i serce tak wielkie że nie wiem jak się mieści w tej drobnej sylwetce. Jagna to tysiąc pasji i zainteresowań, wymienię kilka: ceramika, muzyka, pisanie ikon, zwierzęta. Każdej z tych rzeczy poświęca się w stu procentach, gdy o czymś myśli od razu zabiera się do działania i to jest super. Kiedy postanowiła grać na ukulele, to za dwa dni kurier przyniósł jej instrument i gra pięknie. Jagna będzie podróżować z ukulele i potrzebowała dla niego futerału, o który poprosiła mnie. Lubię wyzwanie, lubię przekraczać kolejne granice w szyciu (w życiu tyle odwagi nie mam) więc przyjęłam rękawice i uszyłam pierwsze i jedyne ubranko dla ukulele. 


Futerał uszyłam z materiału pianki (coś podobnego do skafandra dla nurków), wnętrze zrobiłam z bardzo grubego impregnowanego płótna. Całość zasuwa się na zamek. Najfajniejsza jest jednak możliwość noszenia ukulele na plecach. Zewnątrz naszyłam kawałki tkanin w różnych kolorach i fakturach. 



Jestem bardzo zadowolona z tego jak wyszedł ten futerał, tą radość potęguje "zapłata" jaką zań otrzymałam. Jagna napisała dla mnie ikonę przedstawiającą wizerunek Chrystusa Pantokratora, przepięknie to zrobiła. Zawsze marzyłam o ikonie, podziwiam je, są dla mnie esencją sacrum w sztuce, tyle trudu w pozornej prostocie, tyle dostojeństwa w surowej formie, tyle reguł i zasad których należy przestrzegać. Jednym z najważniejszych i najtrudniejszych elementów ikony są dłonie i oczy, oczy mają patrzeć, gdziekolwiek byś nie stał, Święty powinien na Ciebie patrzeć i mój Chrystus cały czas mnie obserwuję. 


On wszystko widzi, spójrzcie jeszcze na księgę, Jagna celowo przyzdobiła ją perłami i szmaragdami, w nawiązaniu do moich torebek. Jagna dała mi jeszcze piękny ceramiczny pierścionek , który oczywiście sama zrobiła. Jak na nie patrzyłam próbując wybrać ten jedyny, to żałowałam że nie jestem stupalczatym kosmitą. Chciałabym wszystkie.
Jagna w swojej twórczej gorączce pracuje cały czas, możecie ją spotkać na festiwalach i jarmarkach z rękodziełem. Do szczęścia brakuje jej tylko pieca do wypalania ceramiki. Jeśli chcielibyście jej pomóc zrealizować marzenie i jednocześnie kupić dla siebie coś wyjątkowego to śmiało piszcie:  ruminek21@gmail.com


Bardzo fajne było to wczorajsze spotkanie, o ile inne od tego styczniowego. Tym razem świeciło piękne słońce, a zamiast przypadkowego kotleta w bylejakim barze była pyszna lemoniada w ulubionej Kawiarni Prowincjonalnej. Kolejna godzina z Jagną i takie wiążące konsekwencje. 

Ania


Ps. Wszystkie zdjęcia kliknięte zostały w Kawiarni Prowincjonalnej, która ma w sobie więcej klimatu niż wszystkie atrakcje Nowego Sącza razem wzięte. Dziękuję  
A. 

poniedziałek, 4 września 2017

Mój piórnik Totoro

Podobno szkolna wyprawka to zmora każdego rodzica, przynajmniej tak mi mówiono. Dzisiaj mój Janek przekroczył próg zerówki, a kilka dni wcześniej, uzbrojona w klapki na oczy i odpowiednią pulę pieniędzy, wybrałam się z nim na zakupy. Z zerówki dostaliśmy szczegółową listę zakupów, a w niej kredki, zeszyty, teczki, farby i inne szkolne utensylia. Postanowiłam, że Janko sam wybierze co będzie chciał, a ja postaram się nie wtrącać i nawet sama podsuwałam mu zeszyty z piratami i spidermenami (a miałam się nie wtrącać). Wiecie co wybrał mój sześciolatek? Zeszyty w miękkich jednokolorowych okładkach, takie same teczki i ołówki. Ja wybrałam za niego kredki i farby bo tutaj najważniejsza jest jakość. Największym problemem okazał się piórnik, pośród setek nie znalazł nic co w najmniejszym stopniu zwróciłoby jego uwagę, w końcu zapytał czy ja nie mogłabym mu czegoś uszyć. Nigdy nie szyłam piornika ale wiedziałam, że tego zamówienia nie mogę odrzucić. Janek chciał mieć piórnik z bohaterem animowanego filmu "Mój Sąsiad Totoro" (jeśli jeszcze go nie znacie, to gorąco polecam, żaden Disney nie może się z nim równać). Do uszycia piórnika znowu wykorzystałam papier, o którym pisałam we wcześniejszym wpisie, okazało się że świetnie nadaje się również do rysowania :-) 






Mówię Wam, dla uśmiechu na Jankowej twarzy WARTO BYŁO 😊

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Złote serce

Wakacje rządzą się  swoimi prawami, a właściwie brakiem praw i możliwością naginania zasad i roboczej etykiety. Lato to czas na zabawę, śmiech i żarty, dla mnie to także czas podróży, noszenia wody i ekwipunku zamiennego dla co najmniej trzech osób, a wszystko to w jednej torbie. Od lat moje podstawowe wakacyjne utorbienie to duża i lekka torba typu tote. Przez ostatnie dwa lata wszystko mieściło się w torbie ĄĘ (tutaj o niej piszę KLIK KLIK), mogłabym nadal z nią chodzić bo świetnie się trzyma, ale chciałam czegoś nowego. I stało się, mam torebkę z serduszkiem, a ściślej ze złotym serduszkiem. Mieni się i rzuca błyszczące oczka na prawo i lewo, świeci obnażając swoją surową sercowatość. 


Serce jest ręcznie malowane, według mojego autorskiego projektu. Białe bawełniane płótno jest super grube i mocne, a swoją strukturą przypomina żagiel. Nowością jest papier (sic!), którego użyłam do uszycia spodu torby i uszu. Do szycia papierowej torby podeszłam podejrzliwie, obwachałam papier z każdej strony, próbowałam go targać, sprawdzałam jego trwałość i łamliwość, a na końcu wrzuciłam go do pralki i.... nic mu nie zaszkodziło. Ostatecznym testem gotowej już torby była wizyta w sklepie i duże zakupy, po tym jak przytargałam w niej dwa kilo ziemniaków, pół arbuza i trzy kilo innej drobnicy, stwierdzam że jest super. Nie zachęcam jednak do dźwigania takich ciężarów, kręgosłup tego nie lubi, choć serce rośnie :-)  




Dwie takie torby zmalowałam na zapas, jeśli jesteście zainteresowani którąś z nich lub macie jakieś pytania, to czekam na Wasze maile pod aniaray@gmail.com 

Pozdrawiam z całego serca
Ania

niedziela, 18 czerwca 2017

Nieśmiertelność rzeczy martwych

Powtarzalność w świecie mody jest rzeczą oczywistą, możesz być pewien że to co skrzętnie chowasz na dnie swojej szafy (bo niemodne a masz takie miłe wspomnienia, a poza tym kosztowało fortunę), za kilka lat będziesz mógł wydobyć i cieszyć się jak zaginionym skarbem. Problem "gdzie to wszystko trzymać" pozostawiam na osobny wpis. Stare ubrania mają dodatkową wartość- są wyjątkowe i niepowtarzalne. Czy Wy też macie problem z kupowaniem nowych ciuchów? Ja mam wrażenie, że pomimo setek sklepów, każdy z nich oferuje to samo, a na to co "inne" po prostu mnie nie stać. Pozostają więc sklepy z ciuchami z drugiej ręki albo strych i szafy ze starymi ubraniami. Ja wiem, że teraz wszystko się wyrzuca, ciężko nawet o strych z prawdziwego zdarzenia, o szafach już nie wspominając. Pamiętam jednak jak będąc dzieckiem lubiłam zaglądać do szaf, przekopywać się przez rzędy pościeli i obrusów i szukać skarbów tam ukrytych. Czego tam nie było... długa suknia w cytrynowym kolorze z lejącego sztucznego materiału  (wydawała mi się cudowna, teraz wiem że musiała być torturą), koralowa spódnica z falbanami, kwiecisty komplet z kory- marzenie każdej hipiski, złote szpilki, kaszmirowa sukienka w kolorze butelkiwej zieleni (piękna!), torebka koktajlowa wyszywana kolorowymi koralikami, wranglery z pewexu. Wszystkie te rzeczy trzymane były pod kluczem i stanowczym zakazem ruszania, przymierzania i oglądania. Dla mnie i dla moich sióstr wszystkie te zakazy były oczywistą zachętą. Pozwolenie na korzystanie z tych strzeżonych zasobów otrzymałyśmy na tyle późno, że większość z nich straciła całą swoją magię i jedynie wyżej wymienione dżinsy i skórzane torebki nadawały się do noszenia. I ja właśnie o jednej z tych torebek chciałam dziś napisać. 
Niby nic szczególnego, ot zwykły skórzany brązowy worek na okrągłym spodzie, a jednak wytrwale służyła mojej cioci, mamie, starszej siostrze i mnie. Przypomniałam sobie tą torebkę i postanowiłam uszyć coś na jej wzór. Gotową torbę pokazałam cioci i siostrze, obydwie natychmiast skojarzyły ją z pierwowzorem. 



Z torebką nie rozstaję się już od miesiąca i nieskromnie powiem Wam że jest ekstra :-)


piątek, 19 maja 2017

Rogaś z doliny Roztoki

"Biegnie sarna i ptak zrywa się do lotu, rysując na niebie granice między jawą a snem. Ziemia płonie w udręce pożądania. Wiosna. " 
W. Łysiak, MW  

Taka z niej rozhulana bezwstydnica, wybuchowa wariatka, śmiała i bezczelna, nieprzyzwoicie piękna, pożądana przez wszystkich, moja ukochana. Wiosną wierzę w dobrych ludzi, lepszą figurę i zdrowe nawyki żywieniowe, rozsmakowuję się w szczypiorku i wmawiam sobie, że teraz będę wstawać o świcie i ogarnę się szyciowo. Z tęsknoty za wiosną i na jej cześć uszyłam torebkę. 




Torebka wielkością zbliżona jest do wielokrotnie pokazywanej tutaj HolmesBag, każdy element przyszywałam z taką starannością, o jaką nawet się nie podejrzewałam :-) 


A.

środa, 15 marca 2017

#Ale_o_co_chodzi?

Zaniedbałam Cię blogu, oj zaniedbałam haniebnie. Po tak długiej przerwie należy się pewnie jakieś wytłumaczenie, chociaż nie mam pewności czy ktoś tutaj jeszcze zagląda, a jeśli tak to jakie są motywy tych odwiedzin. Nie rozumiem internetu, nie wiem jak działają media społecznościowe i liczę na to, że ktoś mi tutaj to wyjaśni. Do niedawna myślałam, że jest inaczej ale chyba się myliłam. Ale o co chodzi? Jakiś czas temu założyłam swój profil na instagramie, pomyślałam że fajna jest taka aplikacja która z banalnymi zdjęciami robi czary mary,  że miło będzie mieć te wszystkie moje "uszytki" w jednym miejscu. Jestem wzrokowcem, ładne obrazki są dla moich oczu cudowną pożywką, a na instagramie.... kwiatki, góry, lasy, maliny, mnóstwo inspirujących ludzi i po prostu ładne zdjęcia. Pomyślałam, że skoro szyję i coś projektuję na mikro skalę, to się pochwalę, ktoś pogłaska mnie po główce, ktoś da serduszko, ktoś inny napisze że jest awsome. Będzie fajnie, będę fajna. Pstrykam więc te zdjęcia torebkom, układam śliczne scenerię, wstawiam komiczne hasztagi. Umieszczam zdjęcia raczej roztropnie, czyli raz na kilka dni, staram się nie spamować śniadaniami, kawusiami, skarpetkami, dziećmi i listeczkami. Po trzech latach uzbierało się 450 zdjęć i 430 obserwujących. Skromniutko i kameralnie. Ale o co chodzi.?Czasami wrzucam zdjęcia nie związane z niczym, przeważnie usuwam je po krótkiej chwili i wstydzę się że ktoś mógł je zobaczyć. Nie inaczej było wczoraj, chcąc podtrzymać swoją instagramową obecność umieściłam zdjęcie przedstawiające tył mojej kudłatej głowy w brudnym lusterku  (no cóż). Zdjęcie otrzymało ponad 250 lajków  (to bardzo dużo na takiego szaraczka jak ja), a ja zastanawiam się o co chodzi? 250 reakcji na NIC i za NIC. Nie chcę nikogo obrażać, ja też jestem szczodra w rozdawaniu serduszek, rozumiałabym taką reakcję na nowy model torebki do której przygotowywałabym się przez miesiąc ale włosy??? Rozumiem, że dla wielu instagram to praca, reklama, zdobywanie klientów i lokowanie produktów na masową skalę (tych nie lubię), dla mnie to zabawka, podglądanie kreatywnych ludzi i pudełko z ładnymi zdjęciami. Może jednak ktoś mi wyjaśni jak to działa, że głupie odrosty zdobywają taki poklask? 

Zastanawiam się nad jakimiś błahymi sprawami, a dla kogoś "spoza" powyższy tekst musi wyglądać żenująco, przecież Szyjnia to torebki, tematy lekkie,  relaksujące, frywolne i bez nadęcia. Taki też jest ostatnio uszyty HolmesBag, wiosenny i słodki, delikatny i romantyczny. Sama sobie napiszę, że jest #awsome ;-)





Pozdrawiam 
Ania ;-) 

czwartek, 1 września 2016

Summertime sadness

Jeśli istnieje coś takiego jak zespół napięcia powakacyjnego, to ja jestem teraz jego definicją. Za dwie godziny przekroczę drzwi mojej pracy, za dwie godziny bezpowrotnie skończą się te beztroskie wakacje. To były naprawdę wyjątkowe dwa miesiące; słodkie od smaku truskawek, śliwek, pomidorów i malin, pachnące trawą, słońcem, morzem i lasem, śpiewające głosami dzieci, koncertami i turkotem maszyny do szycia, ubogacone tysiącami przejechanych kilometrów, milionami wykonanych kroków, przegadanych godzin i cudownych spotkań. To były cholernie dobre dwa miesiące; spontaniczne, bez wielkich oczekiwań, wyciśnięte jak cytryna z czasem na gonitwę i na lenistwo. Teraz się pytam: jak żyć??? 

Odpowiedź nasuwa się sama: SZYĆ! 

Więc szyję, na przykład takie dwie torby Everyday. 





Trzymajcie za mnie kciuki.
Ania

wtorek, 23 sierpnia 2016

do lasów, do gór...

Koniec urlopu, to czas kiedy zaczynam myśleć o ucieczce. Długa przerwa od pracy sprawia, że ciężko wyobrazić sobie nową codzienność, biegane poranki, wyprawianie Jasia do przedszkola, szybka kaszka dla Jeremiego, kolejka do łazienki i okropny dźwięk budzików. Myślę sobie, że uciekłabym do drewnianego domku gdzieś w górach, gdzie dzieci mogłyby sobie biegać swobodnie po łąkach, gdzie czas byłby pojęciem abstrakcyjnym, gdzie miałabym swoją maszynę do szycia i szyłabym na niej rozrywając głuchą ciszę. Ktoś pomyśli, że daję się ponieść niezdrowemu romantyzmowi, a ja wiem że tak można, że nie jest to poza naszym zasięgiem. Odważne decyzje mogą być szalone, a im bardziej ludzie wokół będą stukali się po czołach, z tym większym przekonaniem powinniśmy je realizować. 
Być może powinnam mieć w sobie więcej odwagi i częściej podejmować ryzyko, póki co cieszę się, że nie zmarnowałam swojego urlopu, że udało mi się wrócić do szycia, że nie brakuje mi pomysłów i mam dwie sprawne ręce. Kiedy jednak będę chciała uciec na jeden dzień do lasów, do gór, to mam już przygotowany plecak. Kiedy będę chciała uciec na dłużej, to.... uszyję sobie większy :-)



Plecak uszyłam z nieprzemakalnej tkaniny Cordura, którą połączyłam od dołu z eko skórą, wszystkie uchwyty i mocowania są skórzane. Plecak wyposażyłam we dwie dodatkowe kieszenie zamykane na zamek, jedna w środku, a druga po wewnętrznej stronie plecaka (na plecach). Ta druga z przeznaczeniem na portfel i telefon.




Być może plecak nie wygląda na duży ale pomieści naprawdę wiele, ciepły sweter, kanapki, butelka wody mineralnej i dodatkowa para skarpet, wejdą bez problemu i jeszcze zostanie sporo miejsca.


Plecak świetnie sprawdzi się jako plecak na uczelnie, do pracy i na rower. Ja wybieram opcję las :-)


Ania

Ps. Kochani, żądni przygód tańców i swawoli czytelnicy! Jeśli nie macie pomysłów na to, jak pożegnać się z latem, to po raz czwarty zapraszam do Barcic na festiwal muzyki bałkańskiej Pannonica, każdy kto tu był ten wraca. Niesamowita atmosfera, niezwykła muzyka, bardzo selektywni uczestnicy. Festiwal w szczerym polu nad Popradem. Nie ma się nad czym zastanawiać, przyjedźcie! 
Więcej informacji na stronie PANNONICA 

środa, 3 sierpnia 2016

From flowers with love

Drogi czytelniku, czy przyglądałeś się kiedyś kwiatom? Jakkolwiek dziwacznie brzmi to pytanie zadaję je zupełnie poważnie i chociaż jestem pewna, że sto procent z Was odpowie na nie twierdząco, to zadam je jeszcze raz. Czy przyglądałeś się kiedyś kwiatom? Ich żyłkom, kanalikom, meszkowatej powierzchni, sokom które wydzielają, pyłkowi który wabi pszczoły? Czy zadumałeś się kiedyś nad ich genialną konstrukcją, która w zestawieniu z ich kruchym życiem jest niemalże absurdem? Tak delikatne, tak niewinne, zależne od humorów pogody, ogrodnika albo niesfornego chłopca depczącego je beznamiętnie. Wszystkie równe sobie, chociaż niektóre niesłusznie stawiane w wyższej hierarchii, ale czym różni się puchata róża z płatkami ułożonymi na kształt labiryntu od polnego chabra, którego zygzakowate płateczki zdają się wyfruwać z misternego zielonego kielicha? Albo piegowate orchidee i abstarkcyjne irysy? Kto śmie nazywać jedne lepszymi od drugich? 
A czy próbowałeś narysować kiedyś kwiat? Nie chodzi mi o kreskę zakończoną kółeczkiem gęsto otoczonym trójkątami. Ja próbowałam i chylę czoła przed każdym, komu to się udaje, bo oddać charakter liścia poziomki, jego proporcje względem drobnych kwiatuszków, multizieloność tego liścia i włochatą matową łodygę jest naprawdę trudno. Ponad sto lat temu, w wiktoriańskiej Anglii byli tacy którzy potrafili, mowa tutaj o grupie artystów z Arts and Crafts Movement. Malowane przez nich florystyczne motywy w sposób przepiękny oddawały istotę roślin czyniąc je w ten sposób nieśmiertelnymi. Wyżej wspomniana grupa z Williamem Morrisem na czele, chciała przybliżyć sztukę szerszej grupie odbiorców, pochylono się wówczas szczególnie nad przedmiotami codziennego użytku oraz elementami dekoracji wnętrz. Wspomniany William Morris oraz John Henry Dearle i wielu innych projektowali niezwykłe wzory tkanin i tapet, spora część tych wzorów powielana jest do tej pory i cieszy się niegasnącą popularnością. Nawet skromna Szyjnia od ponad czterech lat wykorzystuje wzory J. H. Dearle do swoich metek. Zakres działalności grupy Arts and Crafts był/ jest tak ogromny, że nie sposób tutaj o tym pisać, zachęcam Was do poczytania na ten temat, a poniżej mikropróbka ich możliwości. 

obrazy via: klik i klik

Zainspirowana tym pięknym wiktoriańskim nurtem, postanowiłam wykorzystać go do uszycia kolejnego Holmes'a. Warunkiem miał być lawendowy kolor i początkowo nie bardzo miałam pomysł z czym go połączyć; z szarym? nie, to już było. Z beżem? nie, nuda. Z bielą? nie, zestaw jak z baru mlecznego. Oprócz lawendy, miało też być coś szalonego, nie do końca oczywistego, więc postawiłam na mięsistą gobelinową tkaninę z florystycznym motywem. Wyszło gęsto, bardzo boho, bardzo zaskakująco nawet dla mnie samej, a to chyba dobry znak. 






Zanim powstał ten tekst, wysłałam poglądowe zdjęcie przyszłej właścicielce tej torebki, jej reakcja wywróciła do góry nogami całą moją koncepcję i właściwie już sama nie wiem co tkwiło w mojej podświadomości kiedy komponowałam tę torebkę. Otóż inteligentną ripostą na wysłane zdjęcie było skojarzenie z obrazami Celnika Rousseau, ot co! Chciałabym tańczyć w balecie, a skaczę pogo. Chciałabym tworzyć jak prerafaelici, a czytana jestem jako przedstawiciel sztuki naiwnej. Przynajmniej ten najlepszy z naiwnych i niechaj każdy to wie: kocham Celnika Rousseau! :-) 

via: klik
From flowers with love...
Ania

poniedziałek, 18 lipca 2016

Powrót na grzbiecie kolibra

Który to już raz wracam do tego bloga? Ostatnio przeprosiłam się z szyciem i powstają nowe rzeczy, które mogłabym tutaj pokazać, mogłabym ale przestałam myśleć "blogowo" (kto bloguje ten wie). 
Na dobry nowy początek będzie stary dobry Holmes. Ileż to już razy ten model gościł na tym blogu? Tym razem prezentuje się w wersji letniej, lekkiej, świeżej, trochę boho i świetnie będzie wyglądał zarówno z dżinsami jak i z lekką sukienką. Im dłużej na niego patrzę, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu że potrzebuję takiej torebki, że nie mogę chwilowo patrzeć na wiszące na wieszaku szaraki i brązy. Chcę lata!



Ten śliczny materiał z kolibrem na froncie, to turecka tkanina o niezwykłych właściwościach, odporna na drobne zabrudzenia, łatwa w utrzymaniu czystości i zobaczcie jaka reakcja zachodzi przy kontakcie z wodą... 



Do czasu, aż poczułam że jestem gotowa wrócić do szycia, nie zdawałam sobie sprawy że aż tak bardzo mi tego brakowało, jaką satysfakcję mi to daje. Bardzo mi miło, że nie zapomnieliście o mnie, że cały czas pytacie o nowe torby , że widuję Was z nimi. To wszystko bardzo mnie cieszy. Kolejnym dowodem, że "nie wszystek umarłam" jest artykuł, który ukazał się w nowosądeckim dodatku do Gazety Krakowskiej (KILK KLIK). Autorka, Pani Sylwia Klimczak, tak ładnie napisała ten tekst, że natychmiast za maszyną zatęskniłam :-)

Jeszcze tu wrócę. Wkrótce ;-) 


Pozdrawiam
Ania

Ps. Jesli chcecie podglądać Szyjnię, to przypominam że na Instagramie mam swoje konto (szyjnia), które systematycznie aktualizuję :-)

czwartek, 17 marca 2016

Takie jaja

Dzień dobry! Podobno niedźwiedzie w Tatrach już obudziły się z zimowego snu, zapragnęłam pójść w ich ślady i po miesiącach (!!!) milczenia, postanowiłam zamieścić nowy wpis na blogu. Długo mnie tutaj nie było, przez ten czas działo się wiele i nic się nie działo. Okres jesienno zimowy obfitował w wizyty nieproszonych gości: zmutowanych wirusów, ospy, para- ksztuśców i półpaśców, w ślad za nimi przyszły lawiny katarów i wysokie temperatury. Nie oszczędzili nikogo. Z całą pewnością nie było to normalne, jeśli więc macie jakieś sprawdzone naturalne metody wzmocnienia odporności, to piszcie. 
Święta Bożego Narodzenia spędziliśmy z ospą, mam nadzieję że Wielkanoc będzie dla nas prawdziwym zmartwychwstaniem. Zajączek nie odwiedza nas z prezentami, nie ma u nas takiego zwyczaju ale kilka prezentów musiałam zrobić... do pracy (mój urlop skończył się w lutym)). Moja praca jest bardzo specyficzna, dynamiczna i trochę nieprzewidywalna, generalnie cieszę się, że mogę robić to co lubię i tylko czasami przeszkadza mi chaos. Musiałam wymyślić i zrobić cztery okolicznościowe prezenty, chciałam aby było to coś praktycznego i oryginalnego. Pomyślałam sobie, że dobra ścierka nie jest zła, w surówce bawełnianej wyciełam cztery prostokąty, przygotowałam szablon w kształcie jaja, taśmy malarskie i farby do tkanin. Włala! 


Pisanki w wersji maxi (jakość zdjęcia taka jak pogoda: ble ble ble)


Każdy prezent powinien być ładnie zapakowany, dla mnie jest to tak samo (o ile nie bardziej) istotne jak zawartość opakowania. Zrobiłam zgrabne pudełeczka.





Wszystkim Wam życzę kolorowych i radosnych Świąt.
Alleluja !
A. 

Ps.  Prawie zapomniałam. Jakiś czas temu na portalu informacyjnym starosadeckie.info ukazał się wywiad ze mną. Jeśli macie ochotę dowiedzieć się czegoś więcej na mój temat, to klikajcie TUTAJ :-)

środa, 28 października 2015

My deer

O tym, że wyjątkowe uroczystości wymagają wyjątkowej oprawy, nie trzeba nikogo przekonywać. O ile wyjątkowe uroczystości uwielbiam, o tyle zawsze mam problem z tym jak powinnam wyglądać, no pomijając torebki, bo z tutaj pomysłów mi nie brakuje. Nie jestem częstą bywalczynią galerii handlowych, na hasło "zakupy" niemalże dostaję wysypki i najchętniej wysłużyłabym się kimś zaufanym aby dokonał wyboru za mnie, bo nigdy nie wiem na co się zdecydować (albo chcę mieć wszystko, albo nic mi się nie podoba) i często moje zakupy to jedna wielka porażka. Pocieszam się, że nie jestem w tym odosobniona, a najlepiej ten stan opisał mój ulubiony polski erudyta i pisarz Leopold Tyrmand. Opis pochodzi z napisanej w 1954 roku książki "Zły", ale mam wrażenie, że poza scenerią, niewiele się zmieniło w temacie zakupów: 

"...Wiem, że niewielki, niechlujny, pełen kurzu i błota placyk na Pradze, pomiędzy kostropatymi murami dwóch ponurych czynszówek, zmienia się w pogodne wiosenne przedpołudnie w feerię kolorów, w festyn barwnych materii, w eldorado tkanin i kroju, w niezgłębioną akademię targów i okrzyków, zachęt i wyjaśnień, sprzeczek i zachwytów. Wiem, że rozsądne skądinąd młode kobiety, o których żywotności uczuciowej dane mi było przekonać się, przeobrażają się w jednokomórkowe pierwotniaki, wkraczając w zaklęty krąg obwieszonych łachami straganów lub sunąc wzdłuż rzędów rozciągniętych na ziemi sukien i bielizny: tak przeobrażone nie są wstanie odpowiadać na pytania ani nie reagują prawidłowo, według opisów gatunku Homo sapiens: jedynym przejawem bytowania tych ameb stają się wtedy ceglaste wypieki na policzkach, nieprzytomny wzrok i chrapiący jęk na widok cyklamenowego sweterka z mięciutkiej wełenki." 

No wypisz wymaluj ja! :-)

Jak już wspomniałam, przynajmniej z torebkami nie mam problemu. Tym razem zachciało mi się czegoś "z kosmosu", zabawnego i eleganckiego. A gdyby tak sarenka.... Spodobało mi się haftowanie i postanowiłam pójść o jeden krok dalej, tym razem wykorzystałam koraliki, perełki i złotą nić.






Ania

Ps. Drogie Panie nie obrażajcie się na Tyrmanda za te pierwotniaki i ameby, wszak autor ten na punkcie mody i ubioru miał prawdziwego bzika. Potrafił pisać eseje na temat kroju kołnierzyka i prawić traktaty poświęcone kształtom guzików :)