poniedziałek, 24 czerwca 2013

Pociągi pod specjalnym nadzorem

Zdewastowałam pociąg. Bez obaw, nie jest to kolejne graffiti malowane ciemną nocą na pociągu relacji Nowy Sącz- Krynica, nie jest to też wagon z fortepianami, ani wagon z grubasami wcinającymi tłuste kiełbasy. Po prostu drewniany pociąg zabawka. Tak to już jest, że nie zawsze potrafię przyjmować rzeczy takimi jakie są i automatycznie zastanawiam się jak mogę je zmienić i (w moim mniemaniu) upiększyć (tutaj efekty bywają różne).
Drewniane zabawki są fantastyczne i (w odróżnieniu od plastiku) potrafią być skarbonką wspomnień. Wystarczy przyjrzeć się swoim starym drewnianym klockom, a zobaczymy na nich ślady palców, plamę po soku z czarnej porzeczki, pierwsze bochomazy malowane kredką świecową. Plastik nie zapisuje takich zmian. 

Pociąg przed wymalowaniem wyglądał tak: 


Prawda, że ładny? Surowe drewno ma w sobie wiele uroku ale niektóre  elementy zabawki nie były dokładnie wyszlifowane i istniało wysokie prawdopodobieństwo wbicia drzazgi, dlatego też postanowiłam go pomalować. Najpierw powoli, jak żółw ociężale zastanawiałam się na kolorami. Po nałożeniu farb okazało się, że wymalowana powierzchnia stała się jeszcze bardziej chropowata, musiałam więc kupić specjalny lakier do zabawek, a przy okazji kupiłam też bejcę (jak szaleć to szaleć). Teraz pociąg wygląda tak:


A tutaj tenże pod specjalnym nadzorem Dusi...



Kochani zaglądacze, dzisiaj przypadają moje kolejne urodziny, ręka jeszcze się nie trzęsie, a wzrok nie kulawy, to w najbliższym czasie możecie się spodziewać ode mnie czegoś EKSTRA. Przygotowuję dla Was konkurs, więc bądźcie czujni :) 

Ania

edit: 24.06.2013, godz. 16:15
Ps. Wiem, że mało ostatnio pojawiło się wpisów "szyciowych" ale oznajmiam wszem i wobec, że SZYJĘ! Część rzeczy pokazuję na bieżąco na moim funpage'u. Ostatnio na przykład uszyłam taką torebkę Sunday. Kolory, które wybrała sobie Beatka (cmok) przepięknie się komponują.
A.



czwartek, 13 czerwca 2013

makatka

"Nie mów nikomu co się dzieje w domu", "gdzie miłość i zgoda panuje tam szczęście swe gniazdko buduje" albo "myj się zimną wodą będziesz piękną i młodą". Czy coś wam mówią te hasełka, z czymś się kojarzą? Jeśli nie to koniecznie wybierzcie się do najbliższego skansenu i szukajcie na ścianach wyszywanych makatek, a znajdziecie na nich takie prawdy objawione, o których Wam się nie śniło. Mądrości typu "dobra żona tym się chlubi, że gotuje co mąż lubi" to klasyka gatunku. Trochę śmieszą, trochę straszą ale nie można odmówić im uroku. Jedno z ulubionych powiedzonek mojej babci brzmiało " w kącie siedź a ujrzą cię", za nic w świecie nie mogłam dopatrzeć się w tym jakiejkolwiek logiki, do czasu aż w szmateksie natknęłam się na piękną nową poszewkę na poduszkę. Leżała w kącie, a ja ją dostrzegłam. No dobra, wiem że to bardzo naciągnięta interpretacja ale tutaj mi pasuje i tego będę się jego trzymać. Koniec kropka. Poszewka była ogromna i od początku wiedziałam, że nigdy nie doczeka się swego pierwotnego przeznaczenia, odczekała więc kilka miesięcy aż postanowiłam zrobić z niej coś na wzór makatki. Print imitujący haft krzyżykowy świetnie się do tego nadaje, a tekst BIG HUG będzie pasować do Jaśkowej sypialni.


W sklepie dla plastyków kupiłam listwy do składania podobrazi, farbę, pędzel i taśmę malarską miałam w domu. Następnie naciągnęłam, okleiłam i wymalowałam brzegi. Gotowe!



Tak tak wiem, że nie ma efektu WOW ale  jednak cieszy me oko. Miała być makatka więc jest.  W myśl makatkowego powiedzenia, że "zgoda buduje, a niezgoda rujnuje" połączyłam swoją pseudo makatkę z pseudo papuzimi piórami. Żyją w zgodzie.


a tutaj jeszcze z konikiem z wcześniejszego wpisu



Dobra, kończę już bo nadinterpretacja dzisiejszego wpisu zaczyna być żenująca.
Szczęśliwa i spełniona idę gotować obiad, bo "gdy żona jest wesoła jak gotuje to mężowi obiad lepiej smakuje"

sobota, 1 czerwca 2013

Patataj

Koń jaki jest każdy widzi. Nie zawsze jednak tak wyglądał, bo wcześniej był zasłonką wygrzebaną w sklepie "drugiego obiegu". Początkowo chciałam udekorować nią pokój Jaśka niekoniecznie w roli do tego przeznaczonej. Pomysł jednak został skutecznie zawetowany przez W. i zasłonka na kilka miesięcy wylądowała na cmentarzysku tkanin zapomnianych. Nie poddałam się jednak tak łatwo i postanowiłam podstępnie wykorzystać dzisiejsze święto do jej zmartwychwstania. Uszyłam dwa koniki, jeden dla mojego dzieciora, a drugi dla Ady (mojej siostrzenicy). Niesiona natchnieniem płynącym z wcześniejszych wpisów postanowiłam ponownie sięgnąć po farby i pędzle. Początkowo chciałam zrobić coś na wzór szwedzkich koników Dala, ale w końcu zrobiłam to po swojemu, a oprócz malowanego "siodła" wyposażyłam konie w prawdziwe grzywy i ogony wykonane z prawdziwej muliny. Bajecznie to wszystko kolorowe :)


A tutaj Jaśkowy rumak na półce


I tyle tej mojej kreatywności na dzisiaj. 

Kochani zaglądacze jeżeli tu jesteście, jeżeli czytacie i chociaż trochę podoba Wam się to co robi moja ręka prawa wespół z ręką lewą, jeśli tańczycie kiedy nikt nie patrzy, śpiewacie kiedy nikt nie słyszy, to znaczy że wewnętrzne dziecko ma się dobrze. W tym wyjątkowym dniu chciałam Wam (i sobie też) życzyć jak najwięcej momentów kiedy będziecie się czuć jak dziecko, chwil beztroskich, fascynujących i odkrywczych, odrobiny dziecięcej naiwności i dużo uśmiechu.


Ania

wtorek, 21 maja 2013

Sentymenty

Jak zapewne większość z Was zauważyła, przed kilkoma tygodniami zmieniłam baner swojego bloga. Niebieska wstążeczka, która była tutaj wcześniej, od samego początku miała być tylko tymczasowo. Jak widać prowizorki zawsze wytrzymują najdłużej. Oprócz baneru, poszerzyłam również nazwę bloga- Szyjnia czyli bajzel manualny. Dlaczego bajzel? Bo nigdy nie wiem co jeszcze tutaj się pojawi, być może za tydzień zajmę się stolarką albo artystycznym strzyżeniem owiec. Who knows?
Tyle gwoli wyjaśnienia, a teraz przejdę do konkretów. W moim ostatnim wpisie prezentowałam własnoręcznie namalowane t-shirty, których wykonanie przywołało mnóstwo wspomnień i myśl: przecież ja kiedyś malowałam, rysowałam i nie było to chyba takie najgorsze. W ciągu ostatnich miesięcy tak wiele czasu spędzałam szyjąc i zapomniałam, że inne manualne działania są równie ekscytujące, a patrząc na kilka starych prac, których zdjęcia udało mi się odkopać aż łezka zakręciła się w oku. Zafundowałam sobie krótką podróż sentymentalną i patrząc na to co wyszło spod mojej ręki odkryłam jak wielki bagaż wspomnień jest ukryty w każdej maleńkiej kropce, plamce farby, czy krzywej kresce. 
Wybrałam kilka prac. Zapraszam Was do moich wspomnień... 

Kraków 2005. Fragment pracy dyplomowej poświęconej clubbingowi. Pamiętam, że złamałam rękę i bałam się, że nie uda mi się zdążyć na czas z oddaniem pracy, pamiętam wspaniałe spotkania przy piwie i papierosach, spontaniczne i bez nieprzewidywalne. Taksówki i chińskie zupki vivon. 



Piesek dla Poli (tej od chomików). 2007 rok. Bezowocne poszukiwania pracy. Beztroska miłość. Zima. 


Nowy Sącz, 2007. Jedna z większych rzeczy jakie zrobiłam, w oryginale 3x7,5 m, ponad 1500 kółek o średnicy 9 cm, dziesięć odcieni szarości, ponad dziesięć dni na drabinie. Takie wynagrodzenie, że do tej pory nie mogę uwierzyć w swoją naiwność. Satysfakcja.


Bristol, 2008. Nasze drugie mieszkanie. Wilgoć, zimno, fantastyczni ludzie, tytoń Golden Virginia, Marian z za sofy, kot Szumka, drapieżne mewy, Spongebob i Futurama, oraz ta kuchnia której nigdy nie zapomnę. Koncerty do rana, instrumenty z przypraw, gitara, skrzypce i didgeridoo.



Edynburg, 2008. Nowe nadzieje, nowe możliwości. Kawa, kawa, kawa, deszcz, wiatr, ulewa,  wichura. 



Edynburg, 2009. Nowe pisaki Faber Castell 0,005  Bardzo leniwa niedziela pod kocem z katarem, kubkiem herbaty i obiadem zrobionym od niechcenia z mrożonki.



Edynburg 2008. Okres przedświąteczny, nostalgicznie. Gorączka i perspektywa kolejnych świąt poza domem, przepis na ptrąga i kompot z suszonych owoców. Smutno, zimno i ciemno przez cały dzień.  



Bye Bye Edinburgh, 2009. Dni ostatnie- wysiadywanie w kawiarniach, których nie zdążyłam wcześniej odwiedzić, zwiedzanie nieznanych zakątków miasta, masochistyczne wręcz kropkowanie widoku z okna (na inne okna) popijane cydrem albo kawą. Ponadto Tarantino, sushi bar, Bruntsfield, Kasabian, koncert Massive Attack w Glasgow, pakowanie, pożegnania, radość i smutek.  

Zdaję sobie sprawę, że te wspomnienia mogą być czytelne tylko dla mnie i dla osób, z którymi byłam wówczas bardzo blisko. Niestety nie mogę podzielić się z Wami zapachami, słowami, muzyką. Niejednokrotnie pisałam, że Szyjnia jest archiwum rzeczy, które wyszły spod mojej ręki i czasami mogą pojawić sie tytaj także takie sentymentalne wycieczki. 

Oglądając koniecznie posłuchajcie tego: 


Ania

niedziela, 19 maja 2013

chomik i spongebob w dwóch odsłonach

Pewna panienka ma bzika na punkcie chomika. Nie chodzi o jakiś konkretny egzemplarz, lecz całą populację tych zabawnych gryzoni. Owa panienka chcąc wyrazić swój entuzjazm, zamiast mówić że jest fajnie, mówi że jest chomikowo. Owa panienka ma na imię Pola i właśnie skończyła siedem lat. Tym razem nie miałam problemu z pomysłem na prezent, już od dawna widziałam, że w roli głównej MUSI pojawić się Pan Chomik i jedyną niewiadomą była forma w jakiej ów gryzoń się pojawi. Torebka odpadła już na samym początku, a o maskotce nawet nie pomyślałam. Chciałam aby chomik był praktyczny dlatego postanowiłam uszyć piórnik. Wykorzystałam kawałek sztucznego futerka, dzięki czemu piórniczek jest mięciutki jak kaczuszka ;)


Oprócz piórnika chomika uszyłam jeszcze piórnik spongebob'a dla Pawełka (lat 4). Pawełek jest bratem Poli i niedawno również obchodził swoje urodziny, więc zaległy prezent również mu się należał. Spongebob był prawdziwym wyzwaniem i jak odeszłam od maszyny to jeszcze długo czułam drganie w dłoniach od naszywania aplikacji. 


Na piórnikach prezent się jednak nie kończy. Postanowiłam namalować do kompletu koszulki. Dawno tego nie robiłam i zdążyłam już zapomnieć jaka to frajda (uwaga: tylko dla cierpliwych)


  
Nie piszę tego często ale naprawdę bardzo jestem zadowolona z efektu i tylko zastanawiam się komu ten prezent sprawił więcej radości- mnie czy dzieciakom. Ja jestem co najmniej usatysfakcjonowana, co można zobaczyć poniżej (tak, ten głupkowaty wyraz twarzy należy czytać jako satysfakcję z dobrze wykonanej pracy). 



Chomikowe pozdrowienia dla wszystkich komentujących i odwiedzających. 
A.

Ps. Polecam się na Dzień Dziecka i inne takie... 

wtorek, 30 kwietnia 2013

Prezent od serca last minute

Znacie ten problem, kiedy chcecie obdarować kogoś prezentem, a w głowie pustka? Zapewne wynika to ze słabej znajomości osoby, której chcemy coś podarować. A co jeżeli takie osoby są dwie? Przed takim dylematem stanęłam kilka miesięcy temu, kiedy to dowiedziałam się o wizycie, którą zapowiedziała daleka rodzina z za oceanu. Byłam przekonana, że mam mnóstwo czasu i z pewnością znajdę coś odpowiedniego. Niestety rodzime alkohole, czekolady i elegancki Krakowski Kredens zostały już "zaklepane" przez moje nieliczne rodzeństwo i Matulę. Perspektywa wycieczki do Cepelii w celu zakupu lajkonika, plastikowej krakowianki albo chińskiego smoka wawelskiego nie wyglądała najlepiej. Oczywiście mogłabym kupić coś z Bolesławca, ale jak to później wywieźć bez szwanku? Krośnieńskie kryształy i swojska kiełbasa zostały skreślone na starcie :) Wiem, że można już znaleźć piękne pamiątki z Polski, ale czasu zostało mało aby szukać czegoś w sklepach internetowych. Żarówka nad moją głową zapaliła się dopiero wtedy, kiedy zrezygnowana cisnęłam głowę o poduszkę i to był strzał (ciśnięcie) w dziesiątkę. Connie uwielbia rękodzieło, sama zajmuje się szyciem patchworków. Postanowiłam uszyć dla gości poszewki na poduszki z pierwszymi literami ich imion- nie zajmują dużo miejsca i są naprawdę od... serca. Wybrałam "bezpieczne" kolory, tak aby pasowały do każdego wnętrza.  


Postanowiłam sfotografować poduszki na naszej sofie i okazało się, że kolory wcale takie bezpieczne nie są (u mnie nie pasują). Pozostaje mieć tylko nadzieję, że dom Connie i John'a urządzony jest w ciepłych kolorach. 





Nie oszczędzajcie się podczas majowego weekendu. Bawcie się dobrze.
Pozdrawiam 
Ania

Ps. Wiem, że ostatnio mniej piszę i mniej szyję. Po prostu potrzebowałam krótkiej przerwy. Obiecuję poprawę :) 
A

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Jak to bezowocne drzewo owoc wydało,

czyli jak szukać inspiracji w pracach ogrodowych. Nie jestem typem zbieracza i nie lubię przedmiotów nieużytecznych, nie trzymam rzeczy na zapas i nie jestem szczególnie sentymentalna. Głównym celem, który przyświeca nam przy urządzaniu mieszkania jest maksimum funkcjonalności przy minimum "gratów", stąd też tak dużo u nas bieli. Źle czuję się w bezosobowych laboratoryjnie minimalistycznych wnętrzach i przesadny rustykalizm też mi nie odpowiada, ale gdzieś pomiędzy tymi skrajnościami znajduje się moje miejsce idealne. Ale do rzeczy. Nareszcie można cieszyć się długo oczekiwaną wiosną, która oprócz ciepłych dni, pachnących prymulek i ćwierkających ptaszków upomina się o kilka zabiegów pielęgnacyjnych. Nie ma nic za darmo. Trzeba zasadzić warzywa, zioła, kwiatki, wreszcie trzeba przyciąć stare gałęzie bezowocnych drzew. W sobotę Władysław wymachiwał siekierą z zacięciem drwala, a jak znosiłam gałęzie na gigantyczny stos. Nie było w tym nic ciekawego, poza tym, że wpadł mi w ręce całkiem zwyczajny patyk, ot gałąź starej śliwy. Pomyślałam, że zabiorę ją do domu, zrobię coś praktycznego i uratuję od okrutnych płomieni. Pomysł takiego wieszaka na biżuterię nie jest mój, widziałam wcześniej podobne gdzieś w sieci, mimo to sfotografowałam cały proces, może ktoś z Was zapragnie mieć podobny u siebie i kolejny badyl dostanie swoją drugą szansę? 
Wszystko czego potrzeba to: patyk, pędzel, farba akrylowa, łańcuszek, taker (mogą być też gwoździe i młotek). 


Patyk pomalowałam na biało, zostawiając widoczne słoje. Następnie sprawnym ruchem przybiłam łańcuszek. 


Właściwie to jest już koniec pracy, teraz wystarczyło tylko znaleźć dobre miejsce na wieszak i gotowe. Ja swój umieściłam w łazience, ładnie wygląda na niebieskiej ścianie i dobrze współgra z wiszącymi tam grafikami.


Patyk, który wybrałam ma mnóstwo sterczących "haczyków", dzięki czemu nie musiałam przybijać gwoździ. Koniec z poplątanymi łańcuszkami!


Na koniec siła sprawcza całego zamieszania.


Pozdrawiam
Ania